Pożądam



 

Jak człowiek przebywa pomiędzy mądrymi ludźmi, to ma z tego tytułu i pożytki, i straty. Tak jest i z moją obecnością na portalu AREOPAG XXI, na którym Pani Redaktor Ewa pozwoliła mi publikować moje – powiedzmy – felietony ( zresztą dzisiaj, kiedy poznałem pisanie innych,  nie bardzo wiem, dlaczego pozwoliła). Pożytek z tego tytułu jest taki, że będąc tu – siłą rzeczy – muszę wczytywać się w twórczość innych ludzi, a ponieważ okazują się (ci, których do tej pory poznałem) mądrzejsi ode mnie, mam szansę coś jeszcze w moim starym życiu poznać nowego. Takie np korzyści odnoszę czytając (kilka do tej pory) felietony Pana Sławomira Zatwardnickiego.

Fakt, ciężko mi się je czyta, bo są przeładowane mądrościami a i pojęciami, z których część muszę odszukiwać w Wikipedii. Tym niemniej liczę, że jakiś pożytek mi przyniosą. A moją stratą z obecności na portalu, stratą zresztą wprost związaną z felietonami Pana Zatwardnickiego, jest uświadomienie sobie swoich braków, zarówno w warsztacie pisarskim, jak i w zasobie wiedzy, który jako katolik winienem mieć większy.

Jeśli ten pierwszy brak jakoś usprawiedliwia moje zupełne amatorstwo i pisanie od czasu do czasu, to ten drugi barak, szczególnie w tym miejscu, jest już bardzo poważny. A jest ten brak – brak wiedzy -  szeroki, rozległy w swoim zasięgu, i będzie pewnie wyłaził co raz, jak brud z kątów w niesprzątanym domu.

Teraz wylazł po przeczytaniu felietonu „Prowokuję, prorokuję..”. Przeczytałem mianowicie zdanie „Bóg jednak nie przypadkiem łączy miłość z seksualnością; w pragnieniu (nie czytaj: w pożądaniu) żony, największym w dni płodne, należy dostrzec łaskę”.

 

Niestety, okazało się że prawie od 40 lat pożądam, niestety, swoją małżonkę, czynię to nieustannie i naprawdę nie zamierzam tego zakończyć, chyba że śmierć nas rozłączy.

Przez moment myślałem, że źle interpretuję zapisane zdanie i zacząłem szukać w internecie i z każdą otwieraną stroną wzrastało moje przerażenie, z każdym przeczytanym artykułem rósł w mej głowie mętlik. Bo – niestety – zacząłem od autorytetu, od Jana Pawła II, który podobno napisał (cytuję za artykułem) w „Miłości i odpowiedzialności”, że konieczne jest „oczyszczenie” aktu małżeńskiego z jakiejkolwiek „pożądliwości”, która sama w sobie ZAWSZE jest „egoistyczna”.

 

Jakoś w swojej niedouczonej prostocie myślałem, że jak nie pożądam żony bliźniego swego, to pożądanie swojej żony, pożądanie wsparte miłością, która nas łączy, jest jak najbardziej na miejscu, A tu okazuje się, że nie. Różni interpretatorzy wyczyniają ze słowami „pożądanie” i „pragnienie” w kontekście miłości pomiędzy mężem i żoną, autentyczne ekwilibrystyki interpretacyjno-znaczeniowe.

 

Ja znam wagę nazywania. Stworzenie nazwy stwarza rzecz, zdarzenie czy istotę. Można oczywiście znaczenie przeinterpretowywać na nowo i tu prawdopodobnie ma to miejsce. A że jest nieskuteczne i służy wyłącznie interpretatorom, nijak się mając do rzeczywistości, która nie chce się na nowo stworzyć, to już inna sprawa.

Kaznodzieje swoje a ludzie swoje. Czytam na portalu Adonai.pl  „List do chłopców VII - miłość i pożądanie” Jana Bilewicza, którego ja nie mogę zrozumieć, a co dopiero chłopcy, którzy nawet pewnie tego nie usiłują zrobić. I przypomina mi on „mowę – trawę” listów episkopatu do wiernych. A w kolejnym artykule „O współżyciu i czystości małżeńskiej” stwierdza jednoznacznie, że pożądanie jest złem.

Podobnie uważali Ojcowie Kościoła, którzy – jak święty Augustyn – uważali, że mąż który pożąda własnej żony, grzeszy, a święty Tomasz z Akwiny uważał, że postępuje z nią wtedy jak z prostytutką.

 

Więc jak katolik winien współżyć z żoną? Bez emocji? Mając za cel tylko spłodzenie dziecka? A jak ma się żonę, która jest już (albo zawsze była) niepłodna? Bo oboje mają po sześćdziesiąt lat, a nadal łączy ich – prócz miłości duchowej – miłość cielesna? A ludzie żyją coraz dłużej i są coraz zdrowsi w późnym wieku.

 

Przez lata te ograniczenia miłości małżeńskiej ewoluowały, czasami przybierają wręcz formę karykaturalną (z dzisiejszego punktu widzenia) ale wiele z tego pozostało do dzisiaj. Kiedyś prawie nie wolno było współżyć małżonkom, a przyrost naturalny był wielki, teraz wolno nawet mieć przyjemność z seksu, a przyrost naturalny jest minimalny. I wtedy i dzisiaj te wyteoretyzowane zakazy nie za bardzo działały.

 

Na szczęście nie wszyscy duchowni tak myślą i piszą. Bo czytam księdza Józefa Pierzchalskiego (http://pierzchalski.ecclesia.org.pl/) który ma zupełnie inne spojrzenie na sprawę i w jednym z artykułów pisze młodemu człowiekowi tak: „Myśli erotyczne, wyobrażenia, żądze, które mąż ma wobec żony nie są grzechem. To jest normalne i to powinno mieć miejsce. Myśli pożądliwe wobec żony, wyobrażenia sobie stosunku, pieszczot z nią, nie są absolutnie grzechem. Proszę być spokojnym w tym względzie. Dramatem małżonków jest to, kiedy mąż nie pożąda swojej żony, kiedy już nie patrzy na nią pożądliwie, w określonych chwilach, a równocześnie z miłością”.

 

Gdzie indziej jeszcze dodaje: „Miłość zawiera się również w pożądaniu. Należy ono do istoty miłości. Można mówić o miłości pożądania”.

 

Uspokojony tym, że może jednak moje pożądanie swojej własnej żony nie jest grzechem przynajmniej u jednego księdza, który w razie czego da mi rozgrzeszenie, udaję się na spoczynek. Obok swej żony, oczywiście.

 

Zgłoś post do moderacji