Mnie też jest przykro


 

 

Pięć lat temu napisałem felieton zatytułowany „Jaka rewolucja, taki bohater”, poświęcony literaturze polskiej i jej udziałowi w życiu społecznym, ale także – z okazji mających się odbyć zdjęć do filmu o Wałęsie – o naszej narodowej ikonie i jej portreciście.

 

I pisałem wtedy takie słowa.

 

„Jednak życie kulturalne polskie objawia się – albo nie objawia – nie tylko w literaturze. Film mógłby być także jego uzewnętrznieniem. Ale czy jest?

Dwadzieścia lat temu dokonała się w Polsce przemiana jednego systemu w drugi. Dokonała się bezkrwawo, spokojnie i to jest jej wielka i może jedyna zasługa.  Za jakie sprawy, komu, kto i co przehandlował, to już pewnie na zawsze pozostanie tajemnicą Magdalenki. Stało się i się nie odstanie. Konsekwencją takiego układu jest uwłaszczenie się wielkiej liczby prominentów PRL – u, ale jest także spokojna transformacja i dość szybki rozwój gospodarczy.

I jeśli już się stało to, co się nie odstanie, powinniśmy wszyscy – ale szczególnie strona sprzedająca tamtych porozumień -  posypać głowy popiołem i zamilknąć nad uczynionym dealem.

 

Jednak tak się nie dzieje. Apetyty rosną w miarę jedzenia, a próżność jest zmienną zależną od ilości słów, nic, że kłamliwych, tę próżność wzmacniających. Uczestnicy tamtych wydarzeń z upływem czasu mianowali się nawzajem bohaterami przemian (czytaj – bezkrwawej rewolucji). Skoro tak, to wypada jeszcze temu wydarzeniu, które było tak naprawdę zwyczajnym handlem, nadać aureolę świętości, wyjątkowości, podnieść jego rangę, umieścić go w panteonie największych zdarzeń narodowych. A do tego każda rewolucja musi mieć swojego Lenina.

No i trafiło na Wałęsę.

 

I stało się tak, że to samo grono ludzi, które równało na początku lat dziewięćdziesiątych Wałęsę z glebą, obierało go z resztek rozumu, ogłady, kultury, wieszało na nim, jak na wieszaku w garażu, wszystkie brudne rzeczy, czyni go dzisiaj wzorem cnót wszelkich, mędrcem europejskim, świętym Franciszkiem, bohaterem narodowym, człowiekiem – herosem bez zmazy. Można tu jedynie sparafrazować za Prezydentem ze Wszystkich Ziem Polskich i Litwy, że „jaka rewolucja, taki bohater”.

 

Gdy już stało się tak, że ktoś stwierdził, iż najwyższy czas dać narodowi świętych – naszą polską rewolucje i jej bohatera – to od razu było wiadomo, że najlepszym do uczynienia tych dwóch pomników będzie Andrzej Wajda, kiedyś wielki reżyser, dzisiaj epigon własnej wielkości, aktualnie  na usługach rządzących”.

 

 

No cóż, napisałem, co napisałem. Miałem rację, lub nie. Jednak dzisiaj, po pięciu, latach przyszła do mnie taka refleksja: czy ja, w latach osiemdziesiątych człowiek wspierający tamtą władzę, który dzisiejsze poglądy zafundowałem sobie jakieś 13 lat temu, paradoksalnie podczas władzy SLD, który na początku popierałem, czy ja mam prawo w ogóle pisać o Wałęsie, a w szczególe, czy mam prawo pisać krytycznie.

 

Ale jak się chwilę zastanowić, nawet zawieszając na kołku wolność słowa, która sprawia, ze każdy może pisać o czym zechce, to trzeba stwierdzić, że sprawa Wałęsy i jego miejsca w pamięci społecznej nie jest li tylko sprawą byłych działaczy Solidarności, czy tamtej opozycji.

 

Spór o Wałęsę, o jego miejsce w historii urósł bowiem do rangi sporu o jakość naszego państwa, więcej, o jakość Narodu Polskiego (że napiszę z dużej litery jak się pisze o rzeczach świętych).

 

Każdy naród potrzebuje czynów go konstytuujących, potrzebuje bohaterów, którzy za tymi czynami stoją, są ich głównymi sprawcami, z którymi przeciętny śmiertelnik może się z dumą identyfikować.

Tak już jest i nic tu nie zmienimy. Naród potrzebuje bohaterów. Każdy naród. Także Naród Polski.

I to jest ta przyczyna, która sprawia, że każdy Polak, niezależnie od jego postaw wcześniejszych czy dzisiejszych, ma prawo czuć się stroną tej dyskusji o narodowym bohaterze, o micie stanowiącym jego Ojczyzny.

 

I nawet jeśli tak jak w moim przypadku nie czuję żadnej więzi emocjonalnej z Wałęsą, co pozwala mi go oceniać wyłącznie na podstawie (marnych) obserwowalnych cech osobistych, to mam prawo w takiej dyskusji uczestniczyć.

 

I mając świadomość głoszonych przez Gazetę Wyborczą i inne TVN-y wielkich zasług Wałęsy, prawie herosa, bohatera jakby z grackiego mitu, widzę jednocześnie małego, miotającego się w kłamstwach człowieczka, który nijak nie przystaje do słów przez niego i propagandę wypowiadanych.

 

I jak tak na niego patrzę, to jest mi naprawdę przykro, że usiłuje się i mnie, i całemu mojemu Narodowi - przy wielości jego wad, jednak Narodowi wielkiemu - wmusić za symbol, za największego bohatera, za – omalże - ojca założyciela naszej III RP, takiego małego krętacza. I wtedy wszystko we mnie się burzy i buntuje.

 

I pytam sam siebie: czy my, Polacy, nie zasługujemy na prawdziwego bohatera? Czy nie mamy takiego? Czy podstawy naszej nowej państwowości musimy budować na tak marnych podstawach dilu okrągłostołowego i skoku przez płot do stoczni, którybył lub go nie było? Czy w zakłopotaniu wielkim lub zażenowaniu musimy wypierać ze świadomości kolejne fakty, burzące naszą wizję społeczeństwa, wizję wpisaną w nasze głowy na siłę przez media lub wizję, którą dla ratunku naszego wyobrażenia rzeczywistości sami w naszą świadomość wepchnęliśmy, gwałcąc niejako samych siebie?

 

Czy my to wszystko musimy czynić?

 

Czy nie nadszedł już czas, by powiedzieć sobie: stop. Tak dalej nie można. Było jak było, mamy nowe państwo. Zacznijmy budować jego mitologię od początku. Nie budujmy jej na micie katastrofy smoleńskiej, którą oczywiście trzeba godnie uczcić, ale która nie będzie nowym mitem założycielskim IV RP. Nie będzie bo nie może. I nie powinna. Dla naszego psychicznego zdrowia.

 

Więc co takim mitem może być? Na czym mamy budować naszą nową tożsamość? Może czas powrócić do tego, co potrafi zjednoczyć większość społeczeństwa i uczynić z nich symbole założycielskie nowej rzeczywistości, Nowej Rzeczypospolitej.

 

Moim zdaniem jeden z tych symboli to nasz Papież.

A drugi to zbiorowy bohater – nasza zapobiegliwość, gospodarność, umiejętność zatroszczenia się o własne sprawy, o gospodarkę, które sprawiły, że nawet w świadomości Niemców staliśmy się narodem pracowitym a Polnische Wirtschaft przestało, lub niedługo przestanie być określeniem naszego dziadostwa, dezorganizacji i brudu.

 

Bądźmy dumni nie z tego, że jakiś megaloman przeskoczył płot i poprowadził cały nard na barykady, ale bądźmy dumni z naszego wielkiego człowieka, Jana Pawła i czerpmy z jego nauk dla budowy lepszego społeczeństwa, i bądźmy dumni z nas samych, którzy potrafiliśmy uczynić to, co wokół siebie zbudowaliśmy i co nadal będziemy poprawiać.

 

Bo inaczej utoniemy w jałowych sporach i tylko będzie nam przykro. Tak jak teraz mnie jest przykro, gdy słucham Wałęsy.

 

 

Zgłoś post do moderacji