Kto daje i odbiera - rzecz o Wałęsie i nas samych


 

To jest felieton dla mielczan, ale opublikowałem go niejako w odpowiedzi na felieton Pana Piotra

 

 

Jest jedna rzecz w tym naszym kraju, której nijak pojąć nie mogę. Choć naprawdę od lat staram się zrozumieć ten szczególny, chyba niespotykany nigdzie indziej w świecie fenomen.

 

Nie mam żadnych uczuciowych – jak wielu tzw. byłych opozycjonistów – związków z Lechem Wałęsą i oceniam go wyłącznie po tym, jak go słyszę w radio, tv, co widzę, co czytam, gdy coś napisze. I nijak nie mogę zrozumieć, jak wielu mądrych ludzi uwielbia jego absolutnie bełkotliwe wypowiedzi, jak odbiera je wręcz na kolanach, jak nie przeszkadza im, że chyba nie zdarzyło mu się w życiu powiedzieć mądrego zdania, nie przeszkadza, że facet - to co z tego, ze po zawodówce – nie potrafił przez 40 lat nauczyć się poprawnie mówić, wyrażać zbornie myśli.

 

Jak to jest możliwe, że moi znajomi, mądrzy ludzie, nie potrafią inaczej na niego patrzeć, jak na mędrca, którym przecież ktoś go mianował. I to w sytuacji, gdy na identycznie zachowującą się osobę, tak samo (inaczej) mądrą, która jednak miałaby nazwisko np. Kowalski, nie zwrócili by uwagi, ba, nie zechcieli by zamienić z nią jednego zdania.

 

Pytam sam siebie, czy to taka śmiertelna, oślepiająca psychoza, czy taka nieprzytomna miłość połączona z zupełnym otumanieniem intensywnym, medialnym praniem mózgu? Nie wiem. Facet przysięga na Matkę Boską że nie współpracował i co? I nic? I dalej ci, którzy go kochali, którzy są nim otumanieni, zauroczeni, opici do nieprzytomności, nawet tego nie zauważą. Wytłumaczą sobie wszystko i wszystko mu wybaczą. Nikt nie podnosi sprawy, że zgodę na współpracę z SB podpisał 4 dni po masakrze robotników, kiedy wielu z nich jeszcze nie pochowano, kiedy na ulicach były ślady ich krwi. I nikogo to nie rusza? Nikt nie pyta sam siebie, jakim trzeba być człowiekiem, by w takim momencie podpisać?

Że większą zbrodnią było wstąpienie do PZPR w czasach, gdy „Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej”?

 

Człowiek tak kłamiący na każdym kroku, przez wiele lat, kręcący aż do samozakręcenia, mówiący co dzień coś innego, inne kłamstwo, inną wersję. I co? I nic? Wszystko będzie mu wybaczone. Za co? Bo SAM obalił komunizm i SAM dał nam wolną Polskę. I to wszystko ci biedni mądrzy ludzie kupują. Niepojęte.

 

Bo już mogę zrozumieć jego pychę, pychę prostego, bezkrytycznego człowieka, który od 36 (słownie – trzydziestu sześciu) światowych i polskich uniwersytetów otrzymał doktorat honoris causa. I jak tu nie poczuć się mędrcem świata, kiedy nasz Jan Paweł II, święty, intelektualista najwyższej próby, autor kilkudziesięciu książek, tyluż listów pasterskich, wielu encyklik, ma tylko 9 tytułów doktora honoris causa od polskich uniwersytetów, a jeden od włoskiego.

 

Jak tu nie czuć się twórcą wszystkiego, kiedy Bóg Wszechmogący nie ma ani jednego takiego tytułu.

 

25 lat temu nasi radni nadali panu Wałęsie tytuł honorowego obywatela naszego miasta. Wcześniej ten zaszczyt spotkał zaledwie kilka osób, o których dzisiaj nikt już nie pamięta. Nasi radni nie byli wyjątkiem. Takich uchwał radni różnych miast podjęli wiele. Jeszcze całkiem niedawno. Teraz pojawiają się propozycje, by ten tytuł mu odebrać.

 

Jestem ostatni, który mógłby zgłosić taki wniosek. Więcej, uważam, że nie należy tego czynić. Trudno. Stało się. Ślad w historii naszych poglądów i zachowań. Ślad, z którego nie będziemy dumni. Ale były inne czasy. Inaczej myśleliśmy.

 

Jest takie dziecięce powiedzenie, że kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera. Ja powiedział bym inaczej. Kto daje i odbiera, ten jest idiotą. Sam przyznaje się do tego. Wszak sam to uczynił.

Chociaż czasem trzeba to zrobić, ale wtedy, gdy taka decyzja byłą wymuszona, jak choćby nazwanie imieniem Stalina czy Bieruta jakiś miast czy ulic. To inna sprawa. Ale tu sami z własnej woli to uczyniliśmy, więc się nie wygłupiajmy.

 

To nie wina Wałęsy, ale nas samych, że wyłączyliśmy sobie myślenie, że pobiegliśmy za tłumem, że uwierzyliśmy medialnym kłamcom, którzy wielkiemu narodowi wmusili nijakiego, marnego, nadmuchanego bohatera, po to by upodlić ten naród, wyśmiać go w skrytości gabinetów. Że chcieliśmy uczynić sobie żywego bożka, choć jest napisane, że „nie będziesz miał cudzych bogów obok Mnie”

 

Dajmy spokój i pomyślmy chwilę.

 

Pomyślmy. Bo na kanwie wydarzeń z Wałęsą pojawia się nowy, kuriozalny pomysł uczczenia za życia kolejnego człowieka, pana Grzegorza Laty. W sumie jest mi obojętne (nie powiem, że mi lata), czy nasi radni podejmą taką decyzje, by nasz piękny stadion nosił jego imię. Już dość opisałem się, apelowałem, prosiłem, by uczcić jednego z twórców wielkości Mielca, Dyrektora Ryczaja, który także był (obok dyr. Gronka) twórcą potęgi mieleckiego sportu, jakby ktoś tego nie pamiętał lub usiłował zapomnieć, a pan Grzegorz Lato tylko twarzą tego sportu.

Pisałem i przestałem, bo zacietrzewienie - kiedyś tamtej władzy, a obecnie obecnej – i jakaś niezrozumiała niechęć w rządzących wobec człowieka, powoduje, że dałem sobie spokój.

 

I nawet nie będę szczególnie protestował, kiedy nasi radni i Prezydent uczynią następny błąd i nadadzą naszemu stadionowi imię Grzegorza Laty, już patrona szkoły sportowej w Mielcu.

Bo na pewne stany nie ma rady.

 

 

Zgłoś post do moderacji