Felieton o wierze


Taki dialog: Czy pani wierzy w zamach? Ja? Nie wierzę. A pani? Ja wierzę. To pani jest idiotką. Albo inny: czy pan wierzy Tuskowi? Oczywiście, dla mnie facet jest wiary-godny? A co, pan nie wierzy? Oczywiście że nie! On bez przerwy kłamie. Ja wierzę Kaczyńskiemu. To pan jest durniem.

Jakby tak się zastanowić, to większość naszej egzystencji oparta jest na wierze lub niewierze w coś lub kogoś. Sami nie dysponujemy wystarczająca wiedzą o mechanizmach i zależnościach spraw nas otaczających, i nie chodzi wcale o fizykę kwantową, kosmologię albo teorię strun, ale o najzwyklejsze, pozornie zrozumiałe, dziejące się dookoła zdarzenia. Często jesteśmy tylko zbyt leniwi albo zbyt zajęci, by głębiej w sprawy wniknąć i pozostawiamy rozstrzyganie ich innym osobom, instytucjom, mediom, którym zaufaliśmy. Ze wszystkimi takiego działania konsekwencjami.

Sam staram się w miarę sił i zdolności racjonalizować ogląd otoczenia. Może dlatego tak naprawdę nie mogę się zbytnio zbliżyć do żadnej siły politycznej, nawet jeśli moje poglądy na społeczeństwo są w dużej części zgodne z poglądami ich członków.

Łatwo oddajemy za darmo lub sprzedajemy (co gorsze?) swoją wiarę. Abstrahując tu od miłości do drugiej osoby, czynimy głównie koncesje na rzecz partii politycznych czy wielkich grup, reprezentujących poglądy i idee. Jakże łatwo pozbywamy się z tą wiarą swojego racjonalnego myślenia. Oczywiście, wydaje nam się, że jesteśmy racjonalni w swoich wyborach i jeszcze bardziej pewni swego, bo „gdzieś tam” myślą za nas „zbiorowe mózgi” autorytetów, znawców, ekspertów. Jak chociażby 50 tys. urzędników Unii Europejskiej. A czy takie gremium może się mylić?

Jak byłem młodym kierownikiem i patrzyłem na starszych kolegów dyrektorów, to na początku myślałem: jacyż oni musza być mądrzy. Wszak zajmują takie ważne i odpowiedzialne stanowiska. Ale tam myślałem tylko na początku.

Jak się tak ciut głębiej zastanowić, to okaże się, że w tym gigantycznym zbiorze wiar – np. w przyczyny katastrof, globalnego ocieplenia(?), w działania polityczne, horoskopy, wróżów i tysiące innych – wiara w Zmartwychwstanie Chrystusa jest czymś względnie najprostszym.
Zaśmieje się ktoś, kto ledwie zna arytmetykę, ale podeprze się wielkim naukowym autorytetem, kwestionującym istnienie Boga i powie: nauka temu przeczy. Ja wierzę w naukę. I w autorytety. I mnie wyśmieje. Cóż, każdy ma taką wiarę, na jaką zasłużył.

Święty Tomasz przedstawia wiarę jako przyrodzony stan umysłu, polegający na pewności prawd nie z racji dowodów rozumowych, ale przez przyjęcie świadectwa autorytetu. I ta definicja pasuje wprost do wiary religijnej, a w swej karykaturalnej formie także do każdej inne wiary.
Jaki autorytet, taka wiara.

A wracając do wiary w Zmartwychwstanie, to pytam sam siebie, czy dla mnie to jest rzeczywiście wiara? Czy to nie jest jednak pewność? Więcej, czy to nie musi być pewność. Wszak święty Paweł powiedział: jeśli Chrystus nie zmartwychwstał, daremna jest nasza wiara”. A więc najpierw Zmartwychwstanie, pewność Zmartwychwstania, a dopiero potem wiara.

Że przekręcam? Być może.
Ale kiedy słucham tych pytań, badań statystycznych, kłótni: czy pan/pani wierzy, że … – to myślę sobie, że jak ja mam prosto, kiedy wierzę w Boga, i wszystkiemu innemu nie muszę/nie mogę już oddawać swojej wiary.

Na koniec za księdzem profesorem Michałem Hellerem przytoczę jedno zdanie o człowieku: „Pojedynczy mózg ludzki jest bardziej skomplikowany niż cały wszechświat, który by nie zawierał mózgu. I w tym sensie człowiek zajmuje tak ważną pozycję we wszechświecie”.

(Dla potrzebujących wiary w Boską interwencję w powstaniu wszechświata polecam wywiad z profesorem na: http://www.niedziela.pl/artykul/85410/nd/Wyjasnianie-wszechswiata.)

I to by było na tyle, jeśli chodzi wiarę.

 

Zgłoś post do moderacji